Kulisy zmiany za kółkiem i ostatnie chwile przed tragedią

Do tragicznego wypadku doszło w nocy z soboty na niedzielę, czyli 16 sierpnia, podczas powrotu polskich pielgrzymów z Medjugorie autostradą M3 w północno-wschodniej części Węgier. W katastrofie zginęło 12 osób, a wielu pasażerów odniosło poważne obrażenia, przy czym autokarem podróżowało łącznie 59 osób, w tym 57 pasażerów i dwóch kierowców. W momencie uderzenia w pojeździe znajdował się drugi kierowca i właściciel biura podróży, Grzegorz Wojtoń, który odpoczywał w specjalnej kabinie przy środkowych drzwiach.

Prowadził on wcześniej autokar przez terytorium Chorwacji i część Węgier. Gdy jego czas pracy dobiegał końca, zatrzymał się na stacji, aby przekazać kierownicę swojemu koledze Robertowi. Z relacji pana Grzegorza wynika, że jego zmiennik czuł się bardzo dobrze i nie zgłaszał żadnego zmęczenia ani problemów ze zdrowiem.

- Mówił, że się czuje bardzo dobrze. Ja pytałem się, jak tam. On mówi: "Nie no, wszystko w porządku. Czuję się bardzo dobrze" – wspomina Grzegorz Wojtoń w rozmowie z „Super Expressem”.

Robert miał prowadzić pojazd przez około cztery i pół godziny, jednak do zdarzenia doszło po mniej więcej trzech i pół godzinie jazdy, tuż przed planowanym postojem. Kierowca wyraźnie chciał dojechać do wyznaczonego miejsca odpoczynku, do którego brakowało mu zaledwie dwóch kilometrów.

- Mówił, że chciał do tego miejsca dojechać. Brakło tych 2 km – podkreśla drugi kierowca.

Stanowcze dementowanie plotek o koziołkowaniu i złym stanie zdrowia

Wokół przyczyn dramatycznego zdarzenia narosło wiele teorii, w tym doniesienia o domniemanym wielokrotnym koziołkowaniu autokaru. Grzegorz Wojtoń stanowczo odrzucił te spekulacje, apelując, by w nie nie wierzyć. Według jego opisu ciężki pojazd zjechał z drogi i od razu przewrócił się na bok, zsuwając się siłą rozpędu po stromym i głębokim nasypie przez kilkanaście metrów.

- Absolutnie nie. Proszę tego nie słuchać – powiedział w rozmowie z „Super Expressem”.

Kierowca zwrócił szczególną uwagę na brak barier ochronnych w miejscu wypadku, co jego zdaniem miało kluczowe znaczenie dla skali zniszczeń i obrażeń pasażerów.

- Był bardzo stromy i bardzo głęboki nasyp, który moim zdaniem powinien być zabezpieczony barierkami ochronnymi. W tym miejscu tych barierek nie było i kto wie, jak potoczyłaby się sytuacja, gdyby tam były – ocenia.

Zaznaczył przy tym, że ostateczne przyczyny i przebieg katastrofy muszą ustalić powołani do tego śledczy oraz biegli.

Wojtoń odniósł się również do pojawiających się hipotez o rzekomym pęknięciu opony, uznając tę wersję za mało prawdopodobną. Stanowczo uciął również insynuacje dotyczące stanu zdrowia swojego zmiennika, podkreślając, że Robert posiadał wszelkie aktualne uprawnienia, badania lekarskie oraz psychotechniczne.

- Skoro miał wszelkie uprawnienia, badania psychotechniczne i badania lekarskie, i wszystko miał aktualne, czyli lekarz podbił, a jego stan zdrowia nie wskazywał na to, że ma zakaz prowadzenia, to takie insynuacje i domysły trzeba zostawić na boku – powiedział Wojtoń.

Przebieg wypadku z perspektywy kabiny i dramatyczna akcja ratunkowa

Opisując moment katastrofy, Wojtoń przyznał, że w wygłuszonej kabinie poczuł się jak w pralce, gdy autobus zaczynał się przechylać i uderzać. Szybko zorientował się, że doszło do tragedii, z której trzeba natychmiast uciekać. Tuż po zdarzeniu pierwszy kierowca był w głębokim szoku i powtarzał jedynie, że nic nie wie.

- Nie wiem, nie wiem – miał powtarzać Robert - relacjonuje Wojtoń.

Na koniec swojej wypowiedzi pan Grzegorz bardzo gorzko ocenił sprawność działania i organizację ze strony polskiej dyplomacji. Jego zdaniem bezpośrednia pomoc od urzędników z ambasady nadeszła zdecydowanie za późno, a w pierwszych, kluczowych dla uratowanych pasażerów godzinach nocnych największe wsparcie zaoferowali mieszkający na stałe na Węgrzech przedstawiciele Polonii, którzy zorganizowali poszkodowanym z własnej inicjatywy m.in. miejsca noclegowe.

Wojtoń sam odniósł obrażenia, ale mimo to włączył się w akcję ratunkową, pomagając wyciągać uwięzionych pasażerów przez okna, wyjścia awaryjne oraz szyberdachy. W trudnych chwilach wsparcia udzielali także wolontariusze i węgierska Polonia, pomagając m.in. w przekazywaniu ratownikom informacji o lekach przyjmowanych przez starszych i schorowanych pasażerów.

Ważnym czynnikiem wpływającym na liczbę ofiar i skalę obrażeń okazała się kwestia pasów bezpieczeństwa. Drugi kierowca przyznał ze smutkiem, że podróżujący pielgrzymi zapinali je bardzo rzadko, wręcz sporadycznie, mimo wcześniejszych próśb i przypomnień.

- Wie pan co, bardzo, bardzo rzadko zapinali. Można powiedzieć, że sporadycznie, chociaż mówi się, prosi się... – przyznał.

Sytuacja prawna kierowcy i wstępne ustalenia śledczych

Wobec pierwszego kierowcy podjęto już pierwsze kroki prawne. Węgierska policja informowała, że zaśnięcie kierowcy jest jedną z rozpatrywanych hipotez, a mężczyzna został zatrzymany i objęto go postępowaniem w związku z podejrzeniem nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu drogowym. Sąd w Miszkolcu zdecydował o tymczasowym aresztowaniu kierowcy na okres co najmniej jednego miesiąca.

Wstępne ustalenia prowadzących śledztwo służb wskazują, że Robert prawdopodobnie zasnął za kierownicą, co doprowadziło do utraty panowania nad pojazdem. Polska prokuratura prowadzi działania zmierzające do przejęcia postępowania od strony węgierskiej, a śledczy nie ujawniają na tym etapie szczegółowych ustaleń dotyczących przyczyn wypadku.

Autokarem podróżowali pielgrzymi, głównie z Podkarpacia, którzy wracali z sanktuarium maryjnego w Medjugorie w Bośni i Hercegowinie. Część poszkodowanych, którzy trafili do węgierskich szpitali, została już przetransportowana do Polski specjalnym samolotem rządowym.