Biologiczne ślady na dokumencie

List wysłany 25 lipca do sądu nosi biologiczne ślady Marcina Romanowskiego. Dokument, będący wnioskiem o wydanie listu żelaznego, został nadany na poczcie w Tyraspolu, stolicy Naddniestrza – separatystycznego regionu będącego de facto pod wpływem Rosji.

Potwierdzenie obecności materiału DNA na kopercie i piśmie skłoniło śledczych do przyjęcia wersji, że ich autorem faktycznie jest poseł Prawa i Sprawiedliwości. Informacje te, przekazane przez media, sugerują jednak, że fizyczne nadanie listu nastąpiło w miejscu znacznie oddalonym od faktycznego miejsca pobytu polityka.

Podejrzenie operacji zmylenia tropów

Służby biorą pod uwagę, że przesyłka z Tyraspola mogła być elementem zaplanowanej operacji zmylenia tropów, znanej w kryminalistyce jako „red herring”. Celem takiego działania miałoby być celowe wprowadzenie organów ścigania w błąd i utrudnienie ustalenia, gdzie obecnie przebywa ścigany polityk.

Polskie służby, w tym Agencja Wywiadu, podejmują nieoficjalne próby ustalenia tożsamości osoby, która fizycznie nadała przesyłkę. Choć monitoring w Naddniestrzu jest ograniczony, śledczy liczą na nagranie z kamer zainstalowanych w rejonie poczty.

Kontekst polityczny i reakcje

Sprawa pobytu Marcina Romanowskiego wywołuje ożywioną debatę. Premier Donald Tusk ocenił wcześniej, iż według informacji od zaprzyjaźnionych służb, polityk miał w 99 procentach przebywać w Tyraspolu. Pojawiały się również niepotwierdzone medialne sugestie o rzekomym wsparciu ze strony duchownych, czemu stanowczo zaprzeczył ks. Włodzimierz Płatek, rzecznik prasowy Prowincji Polskiej Księży Sercanów.

Do nowych doniesień odniósł się mec. Bartosz Lewandowski, obrońca Marcina Romanowskiego. W rozmowie z dziennikiem „Fakt” stwierdził on, że potwierdzenie obecności DNA jego klienta na dokumentach jest dla polityka korzystne procesowo. Sytuacja pozostaje rozwojowa, a organy ścigania kontynuują próby sprowadzenia byłego wiceministra do kraju w związku ze śledztwem dotyczącym nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości.