Pentagon prowadzi ocenę swojej obecności wojskowej na Bliskim Wschodzie, choć nie jest to jeszcze oficjalny przegląd wojsk. Departament Obrony analizuje m.in. kwestię ewentualnego wycofania części sił z rejonu Zatoki Perskiej, gdzie znajdujące się tam duże amerykańskie bazy były w ostatnich miesiącach wielokrotnie atakowane przez Iran.
W związku ze zniszczeniami tych obiektów resort zyskał okazję do ponownego przeanalizowania amerykańskiej obecności w regionie. Zasygnalizowano już, że placówki mogą nie zostać odbudowane w takim kształcie, w jakim funkcjonowały przed rozpoczęciem konfliktu.
Analizę prowadzi biuro ds. polityki Pentagonu, jednak w sprawę zaangażowane są również inne kluczowe struktury. Wysoki rangą urzędnik ministerstwa powiedział, że kwestią tą zajmują się również Kolegium Połączonych Szefów Sztabów oraz Dowództwo Centralne USA.
Według przekazanych informacji minister obrony Pete Hegseth nie zlecił jeszcze formalnego przeglądu amerykańskiej obecności wojskowej w regionie. Rozmówcy podkreślają, że trwająca analiza może w przyszłości pomóc administracji w podjęciu decyzji dotyczących odbudowy zniszczonej infrastruktury.
Dowództwo Centralne USA, które odpowiada za prowadzenie operacji wojskowych na Bliskim Wschodzie, zazwyczaj utrzymuje około 40 tys. żołnierzy w niemal 20 lokalizacjach rozmieszczonych od Jordanii po Oman. Największe stałe bazy znajdują się w rejonie Zatoki Perskiej, gdzie w Bahrajnie stacjonuje 5. Flota USA, a w innych państwach, takich jak Kuwejt, stacjonują jednostki i sprzęt wojsk lądowych oraz sił powietrznych.
Sojusznicy USA w rejonie Zatoki Perskiej od dziesięcioleci polegają na amerykańskich siłach zbrojnych w kwestii własnej obrony. Ewentualne ograniczenie tej obecności mogłoby sprawić, że państwa te nie byłyby w stanie samodzielnie bronić się przed irańskimi atakami, a rozbudowa własnych zdolności obronnych lub nawiązanie współpracy z innymi mocarstwami mogłaby zająć od kilku miesięcy do nawet kilku lat.