Prokuratura Okręgowa w Krakowie dysponuje nagraniami wideo, na których widać moment tragicznego wypadku, w wyniku którego życie straciły dwie osoby, a ośmiomiesięczny chłopiec walczy o życie. Zapisy z kamer monitoringu będą jednym z najważniejszych dowodów przeciwko Hubertowi B. Mogę to potwierdzić. Dysponujemy już nagraniem, na którym widać moment wypadku - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską prok. Tomasz Waszczuk, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Krakowie.
To bardzo ważny dowód, ale z przyczyn oczywistych nie będziemy tego materiału pokazywać publicznie. Na razie prokuratura wstrzyma się też z opisem tego, jak długie jest to nagranie - dodaje. W rozmowie z WP fakt dotarcia do nagrań z monitoringu pokazującego wypadek potwierdzili też policjanci z biura prasowego Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. Mamy te nagrania i są one w dyspozycji prokuratury.
To są nagrania z monitoringu miejskiego oraz z kamer zainstalowanych na budynkach sąsiadujących z miejscem tragedii, być może tych nagrań wkrótce będzie jeszcze więcej, ale o szczegółach nie mogę na razie mówić - tłumaczy mł. asp. Rafał Wawrzuta z biura prasowego krakowskiej komendy.
Nieoficjalnie udało nam się ustalić, że nagrania, którymi już dysponuje prokuratura, dają mocny dowód na to, że Hubert B., który kierując usportowionym VW Golfem, wjechał w rodziców z małym dzieckiem na ulicy Solnej, już kilka minut przed wypadkiem jechał bardzo brawurowo. Kamery jego niebezpieczną jazdę miały zarejestrować w innych częściach miasta. Policja i prokuratura są więc prawdopodobnie w stanie odtworzyć trasę jego przejazdu.
Do zdarzenia doszło w sobotę przed godziną 18 w rejonie zakrętu ulic Solnej i Nadwiślańskiej. Kierujący samochodem marki Volkswagen stracił panowanie nad pojazdem prawdopodobnie z uwagi na nadmierną prędkość. Zjechał z jezdni i wjechał na chodnik, gdzie uderzył w dwie dorosłe osoby prowadzące wózek z ośmiomiesięcznym dzieckiem - powiedział prokurator Mariusz Boroń, powołując się na wstępne ustalenia biegłego od rekonstrukcji wypadków drogowych.
32-letni rodzice zmarli w szpitalu, a ich ośmiomiesięczne dziecko jest w ciężkim stanie i lekarze walczą o jego życie. W Volkswagenie, oprócz kierowcy, jechało troje pasażerów w wieku 27-28 lat z województwa mazowieckiego i małopolskiego. Alkomat nie wykazał alkoholu w wydychanym powietrzu kierowcy.
We wtorek 24 sierpnia 26-letni Hubert B., kierowca Volkswagena, został doprowadzony przed prokuraturę i usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Za ten czyn grozi mu kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności, a sąd zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu na trzy miesiące.
Dzisiaj Hubert B. usłyszał zarzut tego, że w dniu 22 sierpnia umyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym, prowadząc pojazd Volkswagen w ten sposób, że nie zastosował się do znaku ograniczenia prędkości do 30 km na godz.
W wyniku tego utracił panowanie nad pojazdem, zjechał na chodnik, którym poruszały się trzy osoby i nieumyślnie spowodował wypadek w ruchu drogowym, w którym dwie osoby dorosłe zmarły, a dziecko doznało wielonarządowych obrażeń stanowiących chorobę realnie zagrażającą jego życiu - wskazywał prokurator Mariusz Boroń z Prokuratury Okręgowej w Krakowie.
Przesłuchiwany nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa, wyjaśniając, iż przyczyną tego, iż nie opanował pojazdu, była nierówna nawierzchnia drogi, stracił panowanie nad tym samochodem, chciał wyprowadzić ten samochód z poślizgu, co się mu nie udało, samochód się obrócił i uderzył w pieszych. Podał również, iż nie poruszał się z nadmierną prędkością - relacjonował prokurator.
Biegły z zakresu rekonstrukcji wypadków wstępnie ustalił, że pojazd poruszał się z prędkością około 70 kilometrów na godzinę. Jeżeli jest ograniczenie do 30 kilometrów, a samochód jedzie 70, to każdy, kto ma prawo jazdy, ma świadomość tego, że porusza się z dużo, dużo większą prędkością niż obowiązująca na danym odcinku drogi - zaznaczał Mariusz Boroń.
Władze miasta poinformowały we wtorek o przeprowadzeniu wizji lokalnej w okolicy ulicy, na której wydarzyła się tragedia, z udziałem między innymi policji. Czynności wykazały, że w tym miejscu nie stwierdza się zaniedbaní infrastrukturalnych ze strony miasta, a możliwości wprowadzenia dodatkowych zmian są mocno ograniczone.
Tam ze strony miasta zaniedbań nie było, bo nie było też powodów, patrząc na brak zdarzeń w ciągu ostatnich pięciu lat, żeby tam dodatkowo montować progi czy szykany - zaznaczył na briefingu prasowym pełniący funkcję prezydenta Krakowa Stanisław Kracik. Polityk zapewnił jednak, że w ciągu tygodnia między innymi na ulicy Solnej pojawią się poziome spowalniacze i separatory, które uniemożliwią rozwijanie dużych prędkości w tym miejscu.
Trochę z pola widzenia ucieka nam sprawca, a koncentrujemy się na odcinku drogi, dzisiejsza wizja lokalna z udziałem m.in. policji potwierdza, że oznakowania tam są prawidłowe, nie bardzo jest tam miejsca, poza ewentualnym progiem zwalniającym na jakąkolwiek ingerencję, która broniłaby się z punktu widzenia zarówno przepisów jak i potrzeb - dodawał Stanisław Kracik.
We wtorek na ulicy Solnej w Krakowie odbył się cichy marsz, w którym według portalu Kraków Nasze Miasto wzięło udział około 200 osób. Przyszliśmy dzisiaj tutaj przede wszystkim, żeby oddać hołd tragicznie zmarłym rodzicom, którzy tutaj w sobotę zginęli. Przyszliśmy także po to, aby pokazać, że to jest tragiczna sytuacja, którą da się zmienić, że są realne sposoby na to, żeby ten ruch uspokoić.
Zorganizowaliśmy tutaj tymczasowe przejście dla pieszych narysowane kredą, są barierki - powiedziała w rozmowie z TVN24 Joanna Malita-Król, organizatorka protestu. Wszystkie te działania mają pokazać rozmaitym służbom, władzom na każdym szczeblu, że są rozwiązania, których nie można bać się wdrożyć. Apelujemy do służb, żeby zacząć realnie działać - powiedziała organizatorka, zwracając uwagę, że Kraków przoduje w statystykach wypadków i najwyższy czas to zmienić.
Uczestnicy protestu założyli prowizoryczne rondo na skrzyżowaniu ulicy Nadwiślańskiej z Solną. O takie rozwiązanie mieszkańcy apelują już od dawna, ale nie spotyka się ono z pozytywnym odzewem władz miasta. O tym jak bardzo tu jest niebezpiecznie mieszkańcy mówili policji i urzędnikom od dobrych kilku lat. Te apele nie spotkały się z reakcją służb - relacjonowała reporterka Polsat News.
Jeden z mieszkańców, który od 2021 roku nagłaśniał problem niebezpiecznej ulicy, przyznał, że czuje się w obowiązku ruszyć jeszcze raz te działania, aby radni i komendanci wiedzieli, że tragedia wydarzyła się za ich wiedzą, ponieważ wcześniejsze interwencje w radzie dzielnicy i rozmowy z policją nie przyniosły rezultatu.